poród w Poznaniu - szpital Św. Rodziny

Poród w Poznaniu cz. 1 – Szpital Świętej Rodziny

Miało być szybciej, bardziej indywidualnie i zasadniczo lepiej. To bardziej kameralny oddział niż Polna – zapewniał mnie lekarz prowadzący – będzie tam Pani dobrze. Moje doświadczenie z tą placówką pokazało jednak, że najwyraźniej łatwo jest pomylić kameralność z zaściankowością. Oddział może i odnowiony, ale duch, jaki panuje w tym szpitalu, mocno zakorzeniony w poprzedniej epoce. Wielka szkoda.

Do szpitala stawiłam się zgodnie z przykazem ze skierowania, w poniedziałek. Izba przyjęć powitała mnie i kilka innych ciężarnych kolejką, ale takie trudności to nic, w końcu ja tu rodzić przybyłam. Czasu też mam trochę, bo wody po nogach mi nie ciekną i nic (poza przeciążonym kręgosłupem) na razie mnie nie boli. Okazało się, że w pierwszej kolejności nie przyjmuje się ciężarnych, tylko „planowane zabiegi”. Ma to sens, choć mam nadzieję, że nie trzymają się kurczowo tej zasady, jak dziecko usiłuje już dostać się na świat. Nie wie w końcu jeszcze, że urodzi się w Polsce, gdzie na NFZ do lekarza godziny przyjęć są zawsze orientacyjne, a kolejka to jakby stały punkt programu. Tego dnia jednak żadna z nas specjalnie się nie spieszyła, więc cierpliwie odczekałyśmy w kolejce. Raptem 2-3 godziny.

Drama w trzech aktach – czyli co dzieje się w Św. Rodzinie, gdy nie jesteś „standardowym” przypadkiem

W Świętej Rodzinie spędziłam niecałe trzy dni. Właściwie to dwa z drobnym haczkiem. I nie, nie poszło tak łatwo. Wbrew oczekiwaniom i logice – wcale tam nie urodziłam.

Akt I – przyjęcie do szpitala

Gdy odczekaliśmy już swoje, przyszedł czas na wizytę w pierwszym gabinecie, gdzie czekały na mnie pielęgniarki. Zdziwiły się, że skoro przybyłam ze skierowaniem, to nie na cesarskie cięcie. Zdziwiły się też, że przybywam w 39 tygodniu ciąży bez wyraźnych oznak rozpoczynającego się porodu. Gwoli wyjaśnienia, zostałam skierowana do szpitala na wcześniejsze rozwiązanie z uwagi na cukrzycę ciążową oraz nadciśnienie indukowane ciążą. Mój ginekolog poinformował mnie, że takie procedury w przypadku powyższych schorzeń są rekomendowane przez Polskie Towarzystwo Ginekologiczne. Niestety, najwyraźniej rekomendacje te nie dotarły do szpitala, bo usłyszałam od pielęgniarki, że „pierwsze słyszy”.

Po standardowych pomiarach – ciśnienia, tętna płodu – wpisaniu wszystkich danych do karty (informacji o moim zdrowiu, przebiegu ciąży, przyjmowanych lekach itp.), ustawiłam się do nowej kolejki – do gabinetu lekarza.

Pani doktor była zdecydowanie bardziej zorientowana w zaleceniach PTG, bo jasnym było dla niej, dlaczego zostałam skierowana do szpitala. Po raz kolejny wpisała (tym razem dane trafiły do komputera) wszystkie informacje o mnie i o ciąży. Sporządziła także spis leków, które przyjmowałam i przyjmuję – w tym insulinę (oraz jej dawkowanie) – to ważne z punktu widzenia dalszego przebiegu historii.

Następnie zostałam zbadana (waga dziecka została oszacowana na 3700 g) i przyjęta do szpitala. Otrzymałam standardową opaskę i trafiłam na oddział.

Akt II – wywołanie porodu

Jeszcze tego samego dnia podczas obchodu lekarze ustalili ze mną po raz kolejny, co mi dolega, dlaczego tu trafiłam, jakie leki i w jakich dawkach przyjmuję. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam, że jestem problemem. Tak do końca pobytu zwykła nazywać mnie pewna pani doktor, która według moich obserwacji była rzeczywistym szefem oddziału (niech Was nie zmylą stanowiska, mamy wszak w tym kraju bogatą tradycję rządów z tylnego siedzenia). Miała dla mnie jeszcze inne ksywy, używane za każdym razem, gdy mnie spotkała: „cukrzyca” albo „ojezu” (nawet schlebiałoby mi to, gdyby nie było poprzedzone teatralnym westchnięciem). Przez krótki czas nie mogłam pojąć, co dokładnie stanowi ten problem – czy ta nieszczęsna cukrzyca ciążowa, czy może to nadciśnienie, albo fakt, że posiadam zdecydowanie za dużo nadprogramowych kilogramów. A może wszystko razem. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że mój stan zdrowia mógł niekorzystnie wpływać na ciążę i poród. Jednak uregulowana za pomocą leków sytuacja, wydawała mi się dość standardowa – zwłaszcza jak na warunki szpitala o II stopniu referencyjności. Ten stopień oznacza bowiem, że jest to szpital, w którym mogą przebywać i rodzić kobiety w ciąży zagrożonej (co mnie nie dotyczyło). Tu musi znajdować się oddział intensywnej opieki wcześniaków, gdzie radzą sobie z dziećmi, które otrzymały 0-3 pkt. Apgar, noworodkami urodzonymi przed 35 tc., z niską masą urodzeniową, z zaburzeniami oddychania itp. Żadna z tym sytuacji nie dotyczyła mnie ani mojego dziecka. A jednak byłam problemem.

Mimo że tak sympatycznie mnie nazywano, na oddział zostałam przyjęta, przebadana, a już rankiem następnego dnia założono mi cewnik Foleya – który ma za zadanie przyspieszyć rozwieranie szyjki macicy, czyli de facto wywołać poród.

Cewnik zakładała mi pani doktor – ta sama, która była tak płodna w wymyślaniu dla mnie pseudonimów. Jeszcze raz miałyśmy przy tej okazji szansę porozmawiać o moich przypadłościach, stosowanych lekach, stanie mojego zdrowia. Poza uszczypliwymi uwagami, wszystko wydawało się być w porządku.  Mimo lamentów pani doktor, że zakładanie cewnika u mnie to wyzwanie i będzie trwało, uwinęła się w jakieś 4 sekundy. Strach pomyśleć, jaką prędkość rozwija, gdy ma do czynienia z normalnym pacjentem, a nie „problemem”.

Cewnik Foleya to nic przyjemnego. Wywołał u mnie delikatne skurcze, ale ponad wszystko uciążliwe było spacerowanie (z tym ustrojstwem należy bowiem dużo chodzić) z dyndającą pomiędzy nogami gumową rurką.

W pewnym momencie poczułam się znużona, no i nadszedł też czas na kolejne KTG, więc wylądowałam w szpitalnym łóżku, gdzie po krótkim czasie usnęłam. Obudziła mnie wilgoć. A raczej uchodzące ze mnie wody. Było ich tak wiele, że byłam przekonana, iż pękł mi pęcherz płodowy. Podobnie myślała resztą wezwana pielęgniarka. Tuż po tym wypadł mi cewnik i byłam pewna, że teraz to się już zacznie. W lekkich nerwach spakowałam swoje rzeczy, dostałam przydziałową koszulkę, zrobiono obowiązkowy wlew (please, nie pytajcie…) i zaprowadzono mnie na blok porodowy, gdzie trafiłam na salę przedporodową.

Ładna nowoczesna sala, wygodne łóżka (w przeciwieństwie do tych koszmarów z oddziału). Podpięli mnie pod KTG (a jakże!) i miałam czekać na badanie lekarza. Nie zgadniecie, kto przyszedł. Tak, ta sama pani doktor. Zła już na sam mój widok. Jej nerwy narastały wraz z przebiegiem badania, kiedy to okazało się, że to wcale nie pęcherz płodowy, a wypełniony solą fizjologiczną „balonik” od Foleya musiał pęknąć, bo wyżej jeszcze wszystko po staremu. Choć były i inne pomysły. „Może się pani posikała” – usłyszałam. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że rozróżniłabym te dwie sprawy, ale każda okazja, do użycia swojej największej mocy – złośliwości – była dla pani doktor cenna.

I tym sposobem potrzymano mnie na KTG 2,5 godziny (kto leżał pod tym sprzętem, ten wie jaka to przyjemność), po czym odesłano na salę.

Akt III – jednak Cię tu nie chcemy

Poranek rozpoczął się tak jak zwykle – zmierzeniem ciśnienia, podpięciem do KTG. Spokój nie trwał jednak długo, bo nagle pojawiła się położna z szykowną koszulką porodową, kazała się przebierać, spakować i biegusiem na blok porodowy. „Szybciutko, bo u pani doktor jak nie ma na już, to jest zła”. Ach, tak. To zatem musi być TA pani doktor – najwyraźniej nigdy nie opuszcza oddziału… Po drodze na blok zabrałyśmy także dziewczynę, która razem ze mną była przyjęta do szpitala i której dzień wcześniej również założono Foleya. Na korytarzu bloku porodowego stała ona – królowa oddziału. Zmierzyła nas obie wzrokiem i zarekomendowała – dziewczyna trafiła na salę przedporodową, a ja od razu do porodowej. „To jest CUKRZYCA, ona już ma rodzić”. Aha.

Na sali porodowej – dodam, że bardzo ładnej, widać, że odświeżonej – położono mnie na duże, wygodne łóżko i oczywiście podpięto pod KTG (perspektywa leżenia z tym ustrojstwem przez cały poród jest okropna, a mnie zapowiedziano z góry, że jeśli dostanę oksytocynę, to na pewno będę musiała leżeć). W tym czasie zdążył do mnie przyjechać mąż. No, i się zaczęło.

Położna spytała, jak to jest z tą moją cukrzycą. Stwierdziła, że muszę ich trochę poinstruować, bo oni się na tym nie znają (Serio? W XXI w., kiedy na cukrzycę choruje co 10 osoba na świecie?). Wtedy przypomniało mi się, jak bardzo 5 lat temu przejmowali się moją cukrzycą na Polnej, gdzie według pracowników Św. Rodziny specjalizują się w tej przypadłości. Otóż kazali mi mierzyć sobie cukier co jakiś czas własnym glukometrem. Dopiero gdy okazało się, że wynik oscyluje w okolicy 40 (o czym poinformował lekarzy mój mąż, bo do mnie wpadali może raz na godzinę), podali kroplówką glukozę. Ot, cała ta szczególna opieka. Niemniej w Św. Rodzinie ta przypadłość wywołała popłoch.

Do sali weszła pani doktor, nie była w najlepszym humorze. Pytała, czemu nie chciałam rodzić na Polnej, bo tu jest problem, kto mnie w ogóle tutaj skierował itp. Tak się składało, że mój lekarz prowadzący tego dnia był na dyżurze. Pani doktor powiedziała, że sobie z nim porozmawia. Zabrzmiało jednocześnie śmiesznie i strasznie. Położna próbowała jeszcze robić dobrą minę do złej gry i stwierdziła, że będzie dobrze, tylko lekarze „muszą się jeszcze o mnie trochę pokłócić”. No fajnie.

Długo w naszej sali nie pojawiał się nikt, aż wreszcie wróciła ona  – cała na biało. Oschłym tonem powiedziała: „odsyłamy panią na Polną”. WHAT!? I tu zaczęły się dziwne tłumaczenia. „Bo pani ZATAIŁA przed nami, że pani bierze insulinę”. COOO? Wiedział o tym każdy lekarz i każda położna, która miała ze mną styczność, było to w kartotece od pierwszej chwili przyjęcia. „Bo tu chodzi o noworodka, my nie jesteśmy wyspecjalizowani”. WTF?! Jesteście w stanie ratować wcześniaki z zerowym Apgarem, ale nie potraficie zmierzyć cukru i w razie potrzeby podać glukozy – bo do tego sprowadza się cała procedura (a finalnie nic takiego nie było mojemu dziecku potrzebne)? „Nie powinna być pani do nas skierowana, to był błąd”. Skierowana i przyjęta – dwa dni temu. Wtedy to nie był błąd? Przecież nie pojawiłam się tam nagle i nie weszłam tylnimi drzwiami.

To wszystko słyszy kobieta, która ma 4 cm rozwarcia i u której bardziej chyba z nerwów pojawiają się coraz to mocniejsze skurcze. „Proszę poczekać na wypis”.

Finał mojej przygody z tym szpitalem był następujący. Zostałam wypisana i skierowana na Polną, gdzie przewieziono mnie karetką. Wypis przygotowywano w popłochu, bo na Polną zajechałam bez wyniku GBS (obowiązkowy przy przyjęciu) i grupy krwi (również obowiązkowy), których zapomniano dołączyć do mojej dokumentacji. Ciąg dalszy tej historii – już na Polnej – w osobnym poście.

Epilog

Mimo całej tej historii, mam kilka ciepłych słów na temat szpitala Św. Rodziny. Należą się one przede wszystkim pielęgniarkom i położnym, które robiły wszystko, by pobyt w tym miejscu był bardziej znośny. Pomocne, miłe, pełne ciepła i wyrozumiałości. Mam nadzieję, że kiedyś nastaną czasy, że praca takich osób będzie odpowiednio nagradzana i doceniana.

Szpital jest po remoncie – co widać w wielu miejscach. No nie jest to Leśna Góra, ale lipy nie ma 😉 Plusem na salach porodowych są okna – dzięki temu jest jakoś przyjemniej i mniej klaustrofobicznie. Chociaż przy 8 cm to i tak bez znaczenia 😉

Niestety, z dobrych wspomnień dla mnie to tyle. I gwoli wyjaśnienia. Nie upieram się, że powinni mnie tam zostawić. Sami o sobie wiedzą najwięcej, więc pewnie było czego się obawiać (jakkolwiek niedorzecznie to brzmi). Ale po co, u licha, przyjmować mnie na oddział, trzymać tam dwa dni, a potem wywoływać poród? Położyć na porodówce i potem z niej wyrzucić? Wpierać, że cokolwiek zatajałam? Traktować jak 11 plagę egipską?

Nie życzę nikomu takich przygód. Dlatego, jeśli Twoja ciąża z jakiegoś względu nie jest standardowa, lepiej zorientuj się zawczasu, czy nie zrobią tam z Ciebie „problemu” nie do – nomen omen – rozwiązania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.