Poród na Polnej w Poznaniu (2019) – część 2

Poród na Polnej w Poznaniu (2019) – część 2

Porodówka na Polnej jest znana w Poznaniu każdemu, a przynajmniej tym, którym przeszła przez głowę kiedyś myśl o prokreacji. Wśród ciężarnych panuje przeświadczenie, że Polna to „masówka” i jeśli chcesz liczyć na „bardziej ludzkie” traktowanie, powinnaś wybrać inny szpital. Nikt jednak nie przeczy, że jest to szpital o najwyższym stopniu referencyjności – trafiają tam trudniejsze przypadki z całego województwa.

Opierając się na tej opinii, poznańskie ciężarne często mówią: „byle nie na Polnej” i szukają do siebie miejsca w mniejszych oddziałach porodowych – w Świętej Rodzinie, Raszei czy na Lutyckiej.

Mnie 5 lat temu nie odstraszyła opinia mało przyjaznego dla jednostki szpitala. Mój lekarz pracował wtedy w GPSK, ciąża nie była książkowa, więc poród na Polnej był naturalnym wyborem.

Niestety doświadczenia z porodu na Polnej 5 lat temu mocno odcisnęły się na moim zdrowiu psychicznym, a co gorsza miały swoje konsekwencje także dla Emilki. Dlatego teraz cieszyłam się, że mój lekarz już tam nie pracuje, a ja urodzę gdzie indziej. Los bywa przewrotny, ale zanim dotrę do meritum, kilka słów wyjaśnienia:

TYLKO NIE NA POLNEJ!

W pierwszej ciąży cukrzyca pojawiła się szybciej, niż to zazwyczaj bywa. Wynik na czczo z krwi zaniepokoił lekarza i zalecił zrobienie testu obciążenia glukozą wcześniej. Test ten, zgodnie z przewidywaniami pokazał, że coś jest nie tak z tolerancją glukozy i powinnam trafić pod opiekę specjalistycznej poradni, która w przypadku ciężarnych z cukrzycą znajduje się tylko przy szpitalu na Polnej. Od razu zaznaczam, że nie wiem, jak tam (w szpitalnej poradni diabetologicznej) jest teraz – to, co opiszę, to sytuacja sprzed 5 lat.

Poradnia diabetologiczna na Polnej

Przyjęcie do tej poradni jest dość specyficzne, choć może jak na naszą służbę zdrowia wcale nie takie zaskakujące. Otóż ciężarne muszą pojawić się przy rejestracji już ok. godziny 7, tak by zająć sobie kolejkę (możecie sobie wyobrazić, jak wiele było tam osób). Lekarz natomiast przyjmuje od 10. W związku z tym – niezależnie od zaawansowania ciąży – przychodzisz skoro świt i czekasz parę godzin na przyjęcie przez lekarza. Gdy byłam tam pierwszy raz, byłam na czczo, bo spodziewałam się badań. Bez kanapki, jak to ja – wierząc, że pójdzie raz-dwa. Tak mądrze przy cukrzycy i ciąży.

Zanim trafisz do gabinetu lekarza, ustawiasz się w kolejce do KTG. Pięć lat temu jednocześnie podpięte mogły być trzy dziewczyny. Badanie trwało około 20-30 minut, a jego wyniki trafiały do lekarza.

Co do lekarzy, były tam wtedy dwie panie – nazwijmy je Doktor M. i Doktor K. Doktor M. nieco flegmatyczna, trochę jakby zrezygnowana, ale raczej podchodząca rzeczowo do pacjenta i szanująca go. No i Doktor K. – do której miałam wątpliwą przyjemność trafić przy mojej pierwszej wizycie w poradni. Bardzo specyficzny charakter, w mojej opinii nienadający się do pracy z ciężarnymi. Ginekolog, którego nie życzę nikomu spotkać na swojej drodze, a zwłaszcza w pierwszej ciąży, kiedy sama jesteś jak dziecko we mgle.

Przed badaniem KTG przeprowadzany był wywiad – przy otwartych drzwiach, w obecności badanych dziewczyn. Pytania dotyczyły standardowo: tygodnia ciąży, wagi, przyjmowanych leków. Ale były też pytania dotyczące poprzednich ciąż. U mnie takiej historii akurat nie było, ale słyszałam z wielu ust rzeczy, które nie wiem, czy jako osoba będąca na ich miejscu, chciałabym, by słyszał ktoś jeszcze. Pytano o liczbę ciąż i liczbę urodzonych dzieci. Gdy słyszysz, że to np. piąta ciąża i zero dzieci żal ściska gardło. Ogromnie mnie to poruszało i nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak ciężkie musi być to dla osób, które zmuszane są do niejako publicznego rozdrapywania ran.

Po KTG czekała na nas ostatnia już kolejka – do gabinetu, w którym przyjmował lekarz. System był taki, że gdy jedna osoba była już w gabinecie, dwie kolejne były zapraszane do takich pokoików przejściowych, gdzie w teorii można było się przygotować do wizyty.

Drzwi, które dzieliły je od gabinetu lekarza, były cienkie i oczywiście wszystko było przez nie słychać. Mimo woli dokładnie słyszało się wszystko, o czym lekarz rozmawiał z obecną tam pacjentką.

Ciekawostkę stanowi fakt, że ten pokoik był jednocześnie ciasną toaletą, gdzie nie bardzo było miejsce na przebranie się przed wizytą, a jedynym miejscem, na którym dało się usiąść była muszla klozetowa.

Po pobycie w tym uroczym miejscu trafiłam w końcu do gabinetu Doktor K. Pani doktor zmierzyła mnie wzrokiem, przejrzała moją dokumentację (m.in. zawierającą informację o niedoczynności tarczycy) i zapytała: KTO POZWOLIŁ MI ZAJŚĆ W CIĄŻĘ?

Pytanie zbiło mnie z tropu, nie sądziłam, że muszę mieć jakieś specjalne pozwolenia, tym bardziej że lekarz prowadzący nigdy na ten temat nic nie wspomniał. Tradycyjnie padło pytanie: kto jest lekarzem prowadzącym, a po nim ciężkie westchnięcie. Poczułam się jak nieodpowiedzialna kretynka, ale jakby w 20 tygodniu ciąży nie dało się już nic z tym fantem zrobić.

Doktor K. z właściwą sobie manierą zapytała, czy czuję ruchy dziecka. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam jej, że tak mi się wydaje, choć pewności nie mam, czy to jest to, bo to moja pierwsza ciąża i nie do końca wiem, jak to powinno się odczuwać.

Riposta nadeszła niespodziewanie i była jak ogłuszający cios: „Dobrze, sprawdźmy zatem, bo może już się nie rusza”. Ze łzami wytrzymałam do końca wizyty.

W to miejsce – do poradni byłam zmuszona pójść jeszcze kilka razy, raz ponownie musiałam spotkać się z Doktor K. Później miałam więcej szczęścia i trafiałam na Doktor M., która jak wspominałam – była bardziej ludzka.

I poród na Polnej – 2014 rok

Czas płynął szybko, zaliczyłam pobyt w szpitalu, gdy okazało się, że muszę przejść na insulinę. Aż w końcu – dwa dni po terminie porodu odeszły mi wody i pojechałam rodzić.

Nie czas na szczegóły, ale było bardzo długo, bardzo ciężko i niebezpiecznie. Wielu detali nie pamiętam, bo często traciłam świadomość, ale czułam się tam bardzo osamotniona ze strony lekarzy i położnej. Tak naprawdę, gdyby nie studentka położnictwa, która towarzyszyła mi przez większość porodu i mój mąż nie wiem, jakby to się skończyło.

Poród zakończył się vaccum (przy zgodzie na zabieg podpisywanej krzyżykiem, bo tylko na to stać mnie było po kolejnej dawce Dolarganu) i tzw. chwytem Kristellera (tak, wiem, że nie powinni go stosować, ale wbrew obiegowej opinii nie jest zakazany w Polsce). Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy, jakie konsekwencje będziemy po tych zabiegach ponosić do dziś. 5 lat temu wyszłam ze szpitala na Polnej w kiepskim stanie psychicznym. Dość długo dochodziłam do siebie. Towarzyszył mi strach tamtych chwil. Właściwie czuję go do dzisiaj, dlatego bardzo chciałam, by drugi poród był inny. By nie był to poród na Polnej.

Jak już wiecie z pierwszej części mojej historii – w szpitalu, w którym chciałam urodzić dziecko, nie było mi dane i znów wróciłam do miejsca, którego podskórnie naprawdę się bałam.

5 lat później na Polnej

Muszę przyznać, że wiele zmieniło się w ciągu tych 5 lat – zarówno w wyglądzie oddziału, jak i podejściu do pacjenta. Patrzę oczywiście na to z własnej perspektywy – być może trafiłam na spokojniejszy okres, kiedy nie było wielu rodzących czy skomplikowanych przypadków, ale czułam się o wiele bardziej zaopiekowana niż 5 lat wcześniej.

Pierwsza część w ramach przypomnienia – poród w szpitalu Św. Rodziny

Tak więc zajechałam na Polną karetką ze Świętej Rodziny. W asyście lekarza stażysty, który przekazał mnie na Izbę Przyjęć, a następnie musiał zaczekać, aż zostanę zbadana – jak mnie poinformowano (niezwykle „delikatnie” jak na okoliczności), by mieć pewność, że odesłali mnie z żywym dzieckiem.

Dziecko było jak najbardziej żywe i zdeterminowane, by wydostać na światło dzienne. Od razu z Izby Przyjęć trafiłam więc na oddział porodowy. W międzyczasie Tomek jakimś cudem zaparkował gdzieś w pobliżu szpitala i dobiegł do mnie. Tak się zdarzyło, że trafiłam na świeżo wyremontowany oddział tuż przed jego oficjalnym otwarciem. Wszystko było czyste i nowe, ładne i kolorowe. Na porodówce akurat było spokojnie, więc panie pielęgniarki oraz lekarka przyjmowały mnie w spokoju, tylko od czasu do czasu komentując zaistniałą sytuację – chyba wszyscy byli równie zaskoczeni, że po wywołaniu porodu odsyła się pacjentkę do innego szpitala bez wyraźniej przyczyny. Niestety, okazało się, że ze Świętej Rodziny wypisano mnie w pośpiechu i nie miałam przy sobie ważnych wyników, takich jak oznaczenie grupy krwi czy GBS. Pojawiło się widmo wysłania na Jarochowskiego z powrotem mojego męża. Na szczęście ekipa z Polnej ulitowała się nade mną i oznaczanie grupy krwi wykonało szpitalne laboratorium, a w negatywny wynik GBS uwierzono mi na słowo. Jestem bardzo wdzięczna za życzliwe przyjęcie i ułatwianie mi wszystkiego, bo mój stan emocjonalny po porannych przygodach nie był najlepszy.

I tak trafiłam na salę porodową – odnowioną, ładną, z nowym łóżkiem, sprzętem. W oczekiwaniu na lekarza poznałam położną, która towarzyszyła mi do godziny 18 (jeszcze wtedy miałam nadzieję, że na jej zmianie urodzę – w końcu – heloł! – była ok. 10 rano). Bardzo empatyczna, otwarta, ciepła osoba – mama 5-tki dzieciaków!

poród na polnej
Jak widać na porodówce to sam relaks 😉 A tak serio to jest mój osobisty hero – nie wiem jak przetrwałabym to sama….

Po kilku chwilach zostałam poproszona na USG. Badanie wykonywał lekarz, a asystowało mu kilku studentów (jak to na Polnej często bywa). Dość długo oglądał i mierzył Hankę, kilkukrotnie dopytywał mnie, jakie były poprzednie pomiary. Wiedziałam już, że coś jest nie tak. Dwa dni wcześniej, przy przyjęciu mnie do Świętej Rodziny, USG pokazało masę dziecka 3700 g. Cóż, dane okazały się niezbyt aktualne. USG na Polnej pokazało 4500 g. Przy drugim i trzecim badaniu przez innych lekarzy również.

Po tym wyniku zapadła – wydawało się, że racjonalna i uzasadniona – decyzja: będzie Pani miała cesarkę. W pierwszej chwili trochę mnie to wystraszyło i rozczarowało – w ogóle nie spodziewałam się tak dużego dziecka, nie spodziewałam się też operacji. Ale bezpieczeństwo przede wszystkim, więc starałam się z tą myślą szybko oswoić. Zapowiadało się, że moja wycieczka rollercoasterem dobiega do szczęśliwego końca. Nic bardziej mylnego.

Gdzie czterech lekarzy się kłóci, tam Ty będziesz cierpieć

Powiadomiłam już rodzinę o decyzji lekarzy, rozmawiałam z Tomkiem, zastanawialiśmy się, jak będzie to wyglądało. Położna nie wiedziała, o której będę miała zabieg, więc cierpliwie czekaliśmy. I wtedy wszedł ON – cały na zielono. Lekarz nadzorujący, który aktualnie był na dyżurze. Coś już o mnie wiedział, bo mój lekarz prowadzący ze Świętej Rodziny uzgodnił z nim moje przyjęcie. Nie był zadowolony. Powiedział, że to jest dziwne, że w poprzednim szpitalu nie mogli sobie ze mną poradzić. Przeprowadził krótki wywiad (m.in. na temat poprzedniego porodu – też dużego dziecka, choć nie aż tak), zbadał i orzekł: „Pani urodzi naturalnie. Nie będzie żadnej cesarki”. Uznał, że poród siłami natury będzie dla mnie bezpieczniejszy, że na pewno dam radę, skoro już jedno duże dziecko urodziłam, a także, że USG często przekłamuje, więc pewnie dziecko i tak będzie mniejsze.

Ten dzień obfitował w tyle niespodzianek i nagłych zwrotów akcji, że nawet specjalnie mnie to nie zdziwiło. Huśtawka emocji jakoś ustała i starałam się skupić na zadaniu.

W tle wytworzyła się jednak kiepska atmosfera. Czułam, że pozostali dyżurujący lekarze nie zgadzają się z tą decyzją. Z czasem zaczęli zachowywać się tak, jakby chcieli umyć od tego ręce. Skoro zadecydował, niech sobie radzi. Tak, drodzy lekarze, takie rzeczy się czuje i dostrzega.

Czas płynął powoli. Otrzymałam pompę z oksytocyną, na stałe podpięto mi KTG (które, nawiasem mówiąc, ciągle się zsuwało gubiąc zapis i Tomek musiał podtrzymywać ręcznie pelotki). Ból narastał wraz z częstotliwością i siłą skurczy. Ale poród nie postępował. Mijała godzina za godziną. Zmieniła się położna – od teraz towarzyszyła mi młoda i bardzo dynamiczna kobieta, która nie bała się wyrażać głośno swoich opinii. Od czasu do czasu odwiedzali mnie lekarze – badając postępy porodu, sprawdzając parametry. Z każdą godziną byłam coraz bardziej zmęczona.

Może jednak poczekamy do rana?

Późnym wieczorem położna oznajmiła, że widzi, że brakuje mi sił i raczej nie powinnam w tym stanie rodzić. Zapadła decyzja, że o 22 odłączą mi oksytocynę i jeśli skurcze się wyciszą, dostanę coś na sen i wrócimy do rodzenia rano. Ta wiadomość brzmiała jak koszmar. Przerwa w porodzie? Po tylu godzinach bólu?

Na szczęście bez oksytocyny skurcze trwały nadal. Dostałam jakieś środki przeciwbólowe (i nie był to Dolargan, który poprzednio poza naćpaniem mnie i spowodowaniem, że nie mogłam nic powiedzieć, ani trochę nie uśmierzył bólu). W kroplówce, potem położna przywiozła mi też gaz. Za te starania, pocieszanie, opiekę – jestem bardzo wdzięczna. Tym razem na Polnej nie czułam się pozostawiona sama sobie. Ale znów trwało to godzinami.

Koło północy, gdy byłam już bardzo zmęczona i między skurczami odpływałam, w nasze serca wkradł się niepokój. Obok siedział coraz bardziej zatroskany Tomek (trzymając tę cholerną pelotę od KTG, tak by pokazywała tętno Hani, a nie moje). Nie wyglądało to dobrze. W pewnym momencie nie wytrzymał i zażądał spotkania z lekarzem.

Pan nie rodzi, nie będę z Panem rozmawiał

Wydawać by się mogło, że osoba towarzysząca przy porodzie – najczęściej mąż, partner, ojciec dziecka – to dla personelu medycznego przydatny asystent – który podobnie jak Tomek – poda wodę, przypilnuje zapisu KTG, pomoże się podnieść itp. Nic bardziej mylnego 😉 Pan doktor, który pojawił się w sali na prośbę męża, stwierdził, że mężczyźni tylko przeszkadzają w porodach.

Fakt, Tomek był zdenerwowany – mamy złe doświadczenia z poprzedniego porodu, tu znów duże bobo i decyzja jakby na przekór wszystkim, że nie cesarka, wielogodzinne męczarnie, brak postępu… To wszystko mogło skończyć się naprawdę źle. Pan doktor wezwany do naszej sali nie krył irytacji. Na wstępie uciszył Tomka słowami, że będzie rozmawiał tylko z rodzącą. Sprytne – po 14 godzinach skurczów, ogólnym zmęczeniu i środkach przeciwbólowych, które jednak zamulały – dobrze jest porozmawiać z uległym zombie. Powiedziałam lekarzowi, że jestem słaba, nie wiem, jak urodzę, boję się vaccum, a lekarze, którzy przychodzili mnie zbadać, mówią, że wciąż jest tylko 5 cm rozwarcia, więc do porodu jeszcze daleko.

Lekarz oznajmił mi, że przecież rodzę dopiero 2 godziny (sic!) i że zaraz sprawdzi, jak postępy. Dopiero po czasie zrozumiałam, o co chodziło mu z tymi dwiema godzinami – policzył czas od odłączenia mnie od oksytocyny. Tylko ktoś, kto nigdy nie rodził, mógł ukuć taką teorię 😉

W badaniu lekarz stwierdził 8 cm i pocieszył mnie, że za godzinę będzie po sprawie.

Tylko nie vaccum…

Trochę mu się ślizgło, do sali wrócił bowiem o drugiej (czyli po dwóch godzinach), a krótko przed tym inny lekarz podszedł do mnie z wyglądającymi przerażająco długimi nożycami… Tak, one posłużyły mu do przebicia pęcherza płodowego. Wody były już zielone.

Sama druga faza porodu trwała krótko – ok. 10 minut. Robiłam, co mogłam, by w końcu urodzić. Byłam słaba, ale mocno zdeterminowana. Gdy lekarz wspomniał, że nie mam się bać vaccum, to dopiero zaczęłam się bać… To wyglądało jak powtórka sprzed 5 lat. Skurcze słabły, ja słabłam, a dziecko zaczynało być w niebezpieczeństwie. Gdy do sali przywieziono ten okropny sprzęt – vaccum, a lekarz zaczął mówić, że jak będzie potrzebne, to zrobimy i wszystko będzie dobrze, jakimś nadludzkim wysiłkiem (który namalował na mojej twarzy krwawe przebarwienia na wiele kolejnych dni) urodziłam Hanię. 4580 g. 57 cm. 10 punktów w skali Apgar. Łysiutką, czerwoną, pomarszczoną. Głośną. 🙂

W przeciwieństwie do porodu Emilki, dostałam Hanię na moment, by móc ją przytulić od razu po porodzie. Ledwo żyłam, ale i tak byłam w lepszej kondycji niż 5 lat wcześniej (straciłam mniej krwi). Hania była z nami na sali cały czas, a Tomek nie musiał nas opuszczać nawet na czas szycia.

Poród na Polnej – epilog

Czy Polna faktycznie zmieniła się przez te pięć lat, czy ja po prostu więcej wiedziałam i mniej się bałam? Trudno jednoznacznie orzec. Zdecydowanym plusem była opieka – zaangażowanie położnych, profesjonalizm, to, że lekarz bardzo pomagał mi w porodzie – odbierał go osobiście – nie olał odpowiedzialności po swojej decyzji.

Bardzo dobrze odbieram też to, że traktowano mnie jak człowieka i słuchano mojego zdania. Cukier mierzyliśmy co jakiś czas, pozwalano mi zdecydować o tym, czy powinnam przyjąć insulinę lub glukozę. Cukier do momentu porodu wahał się między 80 a 110 (po posiłku). Był więc idealny – mimo że nie przyjęłam ani mililitra glukozy i żadnej jednostki insuliny od ponad 24h. Dzięki czemu cukier Hani po porodzie był w granicach normy.

Koniec końców, cieszę się, że trafiłam na Polną. Tym bardziej że w drugiej dobie życia Hania trafiła na neonatologię – a ta bez cienia wątpliwości najlepsza w Wielkopolsce jest właśnie tam. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść…

Data dodania: 2019.09.02
Kategorie: DZIECIAKI, ZDROWIE
Tagi: GPSK, Polna, poród, poród na Polnej, poród w Poznaniu, Poznań, Szpital na Polnej

Najnowsze artykuły

Social Media