Neonatologia – oddział treningowy dla nadziei i cierpliwości

Neonatologia – oddział treningowy dla nadziei i cierpliwości

W szpitalu na Polnej w Poznaniu pod drzwiami neonatologii toczy się życie. Na pozór zwyczajne, ot kilka stolików i siedzących przy nich ludzi. Jest tu jednak ciszej. Czasem wydaje się nawet, że nikt tutaj nie oddycha.

To była sobota – ledwo po drugiej w nocy Hania skończyła drugą dobę. Od samego rana w naszej sali dało się wyczuć atmosferę oczekiwania, a może nawet zniecierpliwienia. Niemal każda z nas liczyła na to, że dziś wyjdzie do domu. Mając żółtaczkowe doświadczenia z Emilką, z niepokojem patrzyłam na coraz bardziej żółknąca buźkę mojego maleństwa. Czułam, że nasze wyjście opóźni się o dzień lub dwa i być może nawet czeka nas fototerapia łóżeczkowa.

Najpierw był obchód położniczy. Ja dostałam zielone światło na wyjście do domu. Po kilkunastu minutach pojawił się pediatra. Pani doktor obejrzała Hanię przy dziennym świetle i poprosiła o bilirubinometr. Pokazał wysoką wartość, która zaskoczyła lekarkę. Poleciła pielęgniarce zrobić na wszelki wypadek test z krwi.

Po badaniach czekaliśmy na wynik. W głowie kalkulowałam, czy uda nam się wyjść w poniedziałek. Bardzo tęskniłam już za Emilką, a pobyt w szpitalach (w końcu odwiedziłam dwa – tu i tu link) już mi się dłużył.

Do sali weszła pielęgniarka. Na łóżeczku Hani położyła jej kartę i powiedziała: Wyniki nie są dobre…

…musimy szybko jechać na neonatologię

Ale że jak? Te słowa zadziałały tak, jak przypuszczam zadziałałoby niespodziewane zderzenie z latarnią podczas leniwego spaceru. Szok. Zdziwienie. Osłupienie. Neonalogia…? Jak to brzmi…

Położna do szpitalnego łóżeczka Hani włożyła jej dokumentację i poszłyśmy w stronę windy. W gardle urosła mi wielka kluska, ale udało mi się wydukać pytanie – co się stało? Położna powiedziała, że wynik bilirubiny jest bardzo wysoki – 19,6; że wymaga to fototerapii stacjonarnej, „na dużych lampach”, które znajdują się na oddziale neonatologicznym.

Racjonalizowałam: to przecież tylko żółtaczka. To się zdarza. Dopytałam jednak, czy to 19,6 to bardzo wysoki poziom. Odpowiedz rozbiła resztki mojego opanowania w drobny mak: „Szczerze mówiąc, jak pracuje tu od 5 lat, to jeszcze nie widziałam takiego wyniku„.

Za szklanymi drzwiami

Przed drzwiami oddziału jest kilka stolików. Przy jednym siedzi mężczyzna z dwójką dzieci. Jedno ma kilka, drugie kilkanaście lat. Nudzą się. Niemo niecierpliwią. Chyba już tu trochę czekają. Na oddziale pewnie jest ich mama, ale one tam nie mogą wejść. Przy drugim stoliku siedzi chłopak – na oko dwadzieścia kilka lat. Trzyma na kolanach laptopa, wygląda jakby był tu częstym gościem. Przy ostatnim stoliku mijam kobietę. Blada, podpuchnięte oczy. W dłoniach miętosi plastikowy kubek.

Szklane drzwi do oddziału są zamknięte – trzeba dzwonić. Tuż za nimi znajduje się umywalka – położna informuje, że tu powinnam umyć i zdezynfekować ręce. Na ścianie wisi instrukcja, jak to poprawie zrobić. Po same łokcie.

Kilka metrów dalej jest biurko, a przy nim oddziałowa/dyżurująca – to właśnie z jej ust padają do zgarbionych płaczem rodziców słowa, że neonatologia to oddział, na którym ćwiczy się nadzieję i cierpliwość… Takich jak mnie widuje pewnie często. Szeroko otwarte oczy zdradzają strach. Uśmiecha się delikatnie i mówi, bym poszła razem z dzieckiem, a potem wrócę dokończyć formalności.

Położna prowadzi nas korytarzem zastawionym sprzętem, który jeży włosy na głowie – wielkimi inkubatorami, dziwnymi machinami z tysiącem rurek, pokręteł, czujników, lampek. Tak wiele z nich z widocznymi z daleka, charakterystycznymi serduszkami WOŚP.

Otwierają się kolejne drzwi – oddział opieki pośredniej. To taki lżejszy pododdział, w którym znajdują się dzieci w relatywnie dobrym stanie – w przeciwieństwie do intensywnej terapii, gdzie znajdują się maluchy wielkości dłoni, a pewnie czasem i mniejsze. Kolejny postój przy umywalce i kolejne mycie rąk. Mniej tu zamkniętych inkubatorów, więcej łóżeczek z lampą u góry. Moja Hania trafia jednak do inkubatora. Ten widok kroi mi serce na plasterki. Staram się trzymać, ale tak naprawdę to nerwy trzymają mnie za gardło, a łzy same spływają po policzkach.

Ubraną w samą pieluszkę wkładają do inkubatora, który stoi na końcu sali, w pobliżu okna, za którym widać brzydkie, szare budynki (chyba) zaplecza szpitala. Wydaje się w nim taka duża. W końcu to spory noworodek – ponad 4500 g na neonatologii pewnie nie zdarza się często. O Hani będą później mówić „ten duży, pod oknem”. Na główkę zakładają jej opaskę, która ma chronić oczy i włączają dwie wielkie lampy. Podają mleko, żeby ją uspokoić. Zasypia. Mówią, że pierwsze wyniki będą wieczorem. Wszyscy liczymy na poprawę.

Hania śpi, a ja muszę się uspokoić i załatwić formalności. Wracam do oddziałowej, która wyjaśnia, że mogę przychodzić, kiedy zechcę – poza godzinami badań i procedur medycznych, które są określone w regulaminie. Mówi bym nie płakała, że będzie dobrze. Na szczęście nie używa tego argumentu z dupy (którym będą mnie pocieszać na moim oddziale), że inni tu mają gorzej. Wiem, cholera, wiem o tym. Widzę przez mleczne szyby intensywnej terapii zarysy inkubatorów, widzę przez moment, gdy ktoś wychodzi z sali te wielkie sprzęty i maleńkie dzieci w środku. Wiem o tym. Ale to nie pociesza. Bo jak miałoby?

neonatologia - Hania w inkubatorze

Wszystko nie tak

To była sobota. Oddział położniczy pękał w szwach od odwiedzających. Na całych Jeżycach zabrało miejsc dla aut. Przyjechali moi rodzice. Tata miał zobaczyć Hanię po raz pierwszy. Płacząc opowiadam im całą historię. Później przyjeżdża Tomek z mamą i Emilką. To najjaśniejszy punkt dnia. Tak bardzo za nią tęskniłam. Siedzimy przytulone w szpitalnym barze. Ona je frytki i opowiada, jak fajnie jest w przedszkolu. Ale ja nie mogę zebrać myśli. Jestem rozdarta między nią a Hanią, która kilka pięter wyżej leży sama i pewnie płacze.

Sobotnie wizyty nie trwają długo, bo bardzo chcę zajrzeć na oddział do Hani. Nadal śpi. Dostała sporą porcję mleka. Położna informuje mnie, że mogę odciągnąć mleko i oddać do banku, a Hania będzie je dostawać. Gdy słyszysz, że możesz pomóc – choćby tylko tak, jest Ci lepiej. To stanie się moim celem na najbliższych kilkadziesiąt godzin – kiedy tylko mogę, odciągam pokarm i zanoszę do banku. Położne z neonatologii się cieszą, bo mówią, że Hania je za dwóch. Tak mija mi czas do wieczora. Po kąpieli – jest już koło 22 – idę na oddział. Hania znów śpi. Niestety nie ma wyników. Mam wrócić rano.

neonatologia - szpitalny laktator
Mój sprzymierzniec w tamtym okresie – szpitalny laktator

Pustka

Wracam do łóżka. Obok dziewczyny karmią, przewijają swoje maluchy. Jest mi ciężko. Czuję się samotna. Dzwonię do męża, ale słowa więzną mi w gardle. Celowo unikam internetu. Boję się czytać, a wiem, że pokusa, by zapytać o coś Dr Google, będzie zbyt duża. Włączam Netfliksa, ale nie mogę się skupić. Nie wiem, co ze sobą zrobić. W końcu pękam, sięgam do Google i wpisuje po kolei hasła: wysoka bilirubina, przyczyny żółtaczki, powikłania. Serce bije mi coraz mocniej. Czytam, że przy wartości bilirubiny powyżej 20 może dojść do uszkodzenia nerwów. Że przyczyną może być zakażenie. Albo konflikt serologiczny. Że może być konieczne przetaczanie krwi. Cicho płaczę w poduchę. Strach i bezsilność nie dają mi spać. Usypiam nad ranem – ciężkim, nerwowym snem.

Budzę się jeszcze zanim salowe zaczynają się krzątać po oddziale. Na zegarze dochodzi szósta. Idę się szybko umyć, ubieram się i lecę na neonatologię, zanim oddziałowa zacznie krzyczeć, że zaraz będzie obchód.

Na neonatologii jest cicho i spokojnie. Powietrze przeszywają tylko krótkie puknięcia medycznych sprzętów, szum respiratorów czy innych urządzeń. Wchodzę na oddział i od razu idę do maluszka. Śpi. Podchodzi do mnie pielęgniarka, a ja zwracam uwagę, że Hani zsuwa się opaska, która ma ochronić oczka przed działaniem lamp. W odpowiedzi nerwowo wymachuje rękami i mówi, że dziecko przecież śpi i żeby niczego nie ruszać, bo znów będzie się awanturowała, a pół nocy im się darła. Jest mi niewymownie żal, że ktoś tak mówi o moim maleństwie, a ja w dodatku nie mogę go przytulić. Ale rozumiem ją – na tym oddziale nie jest lekko, nie mogą rozczulać się nad każdym dzieckiem. Pytam o wyniki. Pielęgniarka klika przez chwilę w komputerze i mówi: wieczorem bez poprawy (ma wyniki z godziny 22 dnia poprzedniego). Żołądek wywraca mi się na drugą stronę. Jeszcze raz głaszczę tworzywo inkubatora i wracam na oddział. Na obchód.

A pani co tu jeszcze robi?

Sale odwiedzają położnicy. Lekarka, której nigdy wcześniej ani nigdy później na oddziale nie widziałam, przegląda moja kartotekę. Pyta, gdzie jest dziecko. W końcu mówi: Pani nie powinno już tutaj być, wczoraj była Pani gotowa do wypisu. Nie bardzo rozumiem, co chce powiedzieć, dopiero po chwili dociera do mnie, że zamierzają mnie wypisać ze szpitala bez dziecka. Położna pośpiesznie tłumaczy, że dziecko jest na neonatologii, że je karmię piersią, że lepiej bym została jeszcze na oddziale. Lekarka spogląda na mnie i mówi: do jutra. Wypuszczam powietrze z płuc z ulgą, ale znów mam poczucie przegranej z systemem. Jest taki bezduszny, taki zero-jedynkowy. Oddział w ten weekend świeci pustkami, chyba tylko to mnie ratuje przed wyjściem do domu i ciągłym dojeżdżaniem z drugiego końca miasta do dziecka.

W ciągu dnia nieustannie krążę między oddziałami. W końcu są świeże wyniki – coś drgnęło. Poprawa jest nieduża, ale wygląda na to, że bilirubina spada. Tymczasem na oddział neonatologiczny dociera informacja, że następnego dnia najpewniej mnie wypiszą. Dokładają kolejną lampę. Od pielęgniarki dowiaduję się, że jak będzie poprawa popołudniu, to mi ją oddadzą na oddział. Hania to awanturnik, zrobią wszystko, by wyniki się poprawiły i by nie została u nich 😉

Przyszedł czas na przewijanie i Hania trochę popłakuje. Pielęgniarka patrzy na mnie i pyta: chce ją Pani nakarmić? Dostaje ją, biedulkę zawiniętą w kocyk, rozgrzaną od lamp i mogę przytulić – w końcu – po ponad 30h! Hania od razu się uspokaja, otwiera oczy i wygląda jakby starała się mi przyjrzeć. Oddycha spokojnie i w końcu mogę ją chwilę pokarmić. Rozglądam się po oddziale – chyba pierwszy raz odkąd Hania tam trafiła. Mnóstwo skomplikowanych sprzętów. Fajne wygodne fotele. Teraz widzę na własne oczy, ile znaczy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Niemal każdy sprzęt, który omiotłam wzrokiem ma to serduszko. Gdy Hania zasypia mi na rękach, pielęgniarka powoli umieszcza ją z powrotem w inkubatorze.

Popołudniu odwiedza ją Tomek. Na neonatologii przy dziecku może być tylko jeden rodzic naraz, wyjątek stanowi sytuacja, w której dziecko odchodzi… Na nas jednak czekają dobre wieści, podobno niedługo przywiozą mi Hanię na mój oddział! Jestem pewna, że hałas jaki powoduje spadający z mojego serca kamień, byłoby w stanie obudzić wszystkie maluchy w tym skrzydle.

Śpij maluchu, śpij

Hania wraca, ale przed nami jeszcze długie trzy dni i cztery noce w szpitalu. Mimo ciągłej fototerapii łóżeczkowej wysoka bilirubina trzyma się mocno. Z nerwów chodzę po ścianach, czytam jakieś pierdoły w sieci, a Hania dzień w dzień dwa razy jest kłuta, by sprawdzić, czy coś drgnęło. Robią kolejne badania, kolejny raz wykluczają najczęstsze przyczyny. Na moje nerwy i płacz proponują spotkanie z psychologiem. Towarzyszki na oddziale zmieniają się każdego dnia, tylko my tkwimy tu – zawieszone pomiędzy tęsknotą a strachem.

neonatologia - fototerapia łóżeczkowa
Fototerapia łóżeczkowa – na plecach…
neonatologia - fototerapia na oddziale
…i na brzuchu – zmiana co 3 godziny

Fototerapia łóżeczkowa to męcząca sprawa. Co dwie-trzy godziny wyciągasz dziecko z łóżeczka, w którym znajdują się lampy ze światłem niebieskim, przewijasz, karmisz i wkładasz z powrotem – raz na brzuch, raz na plecy. Gdy leży na brzuchu musisz pilnować, by się nie udusiło. I tak całą dobę. Dzieci są różne, ale Hania wyjątkowo nie lubiła tego solarium. Każdorazowo starałam się ją szybko uśpić, by się nie stresowała.

W międzyczasie na obchodach nie mieli dla mnie dobrych wieści. Nie mieli też konkretnych przyczyn, ani żadnych wyjaśnień. Mogłam tylko czekać. A czas płynął wtedy wyjątkowo wolno. Każdy dzień był taki sam, godzina po godzinie. Położnicy i oddziałowa żartowali, że powoli powinnam zacząć dokładać się do czynszu. Gdy już zrezygnowana, przez co nieco spokojniejsza po prostu czekałam, spadł na mnie kolejny niespodziewany cios. To był początek tygodnia, kiedy podczas badania pediatra poprosiła o osłuchanie Hani kolejną lekarkę i później jeszcze jedną. Coś słyszały w tym małym serduszku, a moje w tym czasie próbowało wyskoczyć z piersi. Zleciły USG serca, na które z niepokojem czekałam do samego końca naszego szpitalnego pobytu.

Aż w końcu nastał czwartek – dzień przed dniem kobiet. Uparta bilirubina w końcu spadła na tyle, że uznano, iż zagrożenie minęło. Jeszcze tylko USG serca i do domu. Na to badanie musiałyśmy wrócić na neonatologię. W duchu modliłam się, by wszystko było dobrze. I ktoś mnie wysłuchał. Serce jest w porządku, a nasze zielone światło zaświeciło się na stałe.

To był bardzo trudny czas – dla moich dziewczyn, dla mnie, dla wszystkich moich bliskich. Dziękujemy za opiekę na obu oddziałach, za drobne gesty, dłoń na ramieniu, podejrzane ukradkiem wyniki. A za sprzęt powinniśmy podziękować wszyscy – najlepiej od razu tutaj: https://www.wosp.org.pl/

Najnowsze artykuły

Social Media