Kołyska Milly Mally – recenzja

Kołyska Milly Mally – recenzja

Zanim na świecie pojawiła się moja starsza córka Emilka, kupiliśmy łóżeczko – typowe, szczebelkowe, o wymiarach 120 x 60 cm. Takie, które można obniżać wraz z wiekiem i rosnącymi umiejętnościami malucha. Zakładałam, że posłuży nam przynajmniej 3 lata, tym bardziej że miało możliwość wyciągnięcia kilku szczebelków, by dziecko z czasem wychodziło z niego samo. Cóż, byłam w błędzie.

Emilka spała w łóżeczku niecały rok. Jak tylko nabyła umiejętność przewracania się, łóżeczko stało się kłopotliwe – kopała w szczebelki, wkładała między nie nóżki. Nie pomagało nawet ich opatulenie w różnego rodzaju ochraniacze (których zresztą nie jestem zwolenniczką – mam wrażenie, że zbiera się tam głównie masa roztoczy). Bardzo szybko łóżeczko zastąpiliśmy piankową sofką, dzięki której Emilka miała większą swobodę ruchu (nie obawiałam się, że wkręci się w szczebelki), no i spała praktycznie przy samej ziemi, więc nie bałam się, że spadnie.

Będąc w ciąży z Hanią wiedziałam już, że nie chcę szczebelkowego łóżeczka. Przy nieruchomym maluchu jako tako się sprawdzało, ale miało zasadniczą wadę – było niemobilne. Stało w pewnej odległości od naszego łóżka, więc za każdym razem musiałam wstawać – czasem tylko na parę sekund – by ją pogłaskać. Ona w spokoju zasypiała dalej, a ja – rozbudzone zombie – często jeszcze długo przewracałam się z boku na bok. A jak powszechnie wiadomo – te parę sekund przerwy w i tak krótkim, matczynym śnie to prawdziwy dramat 😉

Kosz Mojżesza, dostawka, a może kołyska?

Przy Hani założyłam od razu, że jej pierwsze łóżeczko będzie na krótki czas – posłuży nam około pół roku. Chciałam mieć ją blisko siebie, a jednocześnie zależało mi, by sama powierzchnia spania była mniejsza – dzieci przyzwyczajone są do ciasnoty brzucha – dlatego nieswojo im na dużych przestrzeniach. A taką z pewnością jest już 120 x 60.

Jako pierwszy cel obrałam kosz Mojżesza. Wybór w tym segmencie jest ogromny, ale nie mogłam znaleźć niczego, co szczególnie by mi się spodobało. Propozycje z wyższej półki cenowej odrzucałam, bo nawet ten piękny design nie mógł wygrać z moją poznańską kieszenią 😉

Myślałam też o dostawce – takiej dokręcanej do łóżka. Wahałam się jednak, czy znajdę taką z odpowiednią wysokością oraz bezpiecznym mocowaniem. Ponadto chciałam zachować przestrzeń naszego łóżka dla nas. Wiem, że z dzieckiem pod bokiem spałabym jeszcze bardziej niespokojnie.

Czytałam, błądziłam, szukałam doskonałego łóżka dla niemowlaka, aż w końcu znalazłam – na pierwszy rzut oka ideał:

Kołyska Milly Mally

Kołysek do wyboru jest bardzo dużo, ale ja zawsze – jeśli to możliwe – szukam rozwiązania wielofunkcyjnego. Więc gdy w nazwie aukcji na Allegro zobaczyłam „4w1”, poczułam, że to coś dla mnie 😉

Nasz model to kołyska Milly Mally Melody Lux z pilotem (którego użyłam może ze dwa razy, w tym raz na potrzeby tej recenzji).

Myślę, że ta kołyska wyglądałaby lepiej, gdyby spotkała się z żelazkiem, ale cóż… Nie za bardzo się lubimy 😉

Bujanie lub jeżdżenie

Zacznę ją opisywać od dołu. To, co jest absolutnym hitem tej kołyski to możliwość zrobienia z niej jeżdżącego bolidu 😉 W trybie kołyski kółka są sprytnie schowane w płozach, a gdy istnieje potrzeba przestawienia łóżka lub zmiany pomieszczenia, w którym się znajduje, w dość prosty sposób można je wyciągnąć i kołyska jeździ 🙂

Oczywiście nie jest perfekcyjnie – kółka mają blokady (co pozwala je unieruchomić w trybie „wózka”). Często jednak zamyka się któraś z nich, co nieco utrudnia manewry. Ale to jest do przeżycia i pewnie przy większej staranności podczas zmiany trybu kołyska-wózek dałoby to się lepiej ustawić. Gorzej, kiedy jest się leniem – jak ja – i nonszalancko próbuje obsłużyć wszystko nogą…

Materiałowy kosz

Nad kółkami przewidziano miejsce do przechowywania podręcznych szpargałów. Przywiązywany za pomocą sznurków do nóżek kołyski pojemnik ma dwie komory, w których spokojnie można przechować chusteczki, pieluchy albo jakieś zabawki. Albo jeszcze kocyk i moskitierę (która była dołączona do zestawu) 😉 Nie polecam jednak przeładowywać tego kosza – na zakrętach ta misternie ułożona kupka lubi się bowiem rozsypać 😉

W każdym razie zdecydowanie jest to bardzo przydatny dodatek.

To, co najważniejsze, czyli gondola

Kołyska Milly Mally ma długość 87 cm (wewnątrz: 84 cm), szerokość 47 cm (wewnątrz: 43 cm), głębokość 23 cm (z dołączonym do zestawu materacykiem wewnątrz: 20 cm – u nas nawet trochę mniej, bo dokupiliśmy dodatkowy).

Z zewnątrz i wewnątrz biała, metalowa konstrukcja wykończona jest materiałem. Jej wygląd zależy od kolorystyki tkaniny – my mamy akurat szarą w białe gwiazdki. Całą część materiałową można zdjąć i wyprać, bez większego trudu. Standardowy materacyk wydał nam się nieco za twardy dla maluszka, więc dokupiliśmy jeszcze jeden. Gdy Hania przyszła na świat była zima i dzięki temu miałam pewność, że nie będzie jej zimno „od spodu”.

Gondolka ma jeszcze jedną opcję – z której ja jednak nie korzystałam – możliwość opuszczenia jednego boku, dzięki czemu dziecko można mieć dosłownie w zasięgu ręki, gdy tylko przystawimy kołyskę do łóżka. To oczywiście opcja dla prawdziwych świeżaków – które jeszcze praktycznie się nie ruszają.

Wysokość na jakiej znajduje się gondola, również podlega regulacji. Maksymalnie można ją umieścić na 133 cm (co jest baaaardzo wygodne dla zbolałego po ciąży kręgosłupa).

W zestawie znajduje się także budka. Taka na wzór tych znanych z głębokich wózków. Przydawała mi się zwłaszcza wtedy, gdy Hania spała przy otwartym oknie – mogłam ją uchronić od „zawiania”. Budka ta ma jednak zasadniczą wadę… Nie polecam jej otwierać lub zamykać przy śpiącym w kołysce dziecku… Wydaje bowiem koszmarne dźwięki – jakie, prezentują na poniższym filmie moje małe modelki:

Koniecznie z dźwiękiem!

Budkę można jednak całkowicie odczepić, jeśli nie planujemy z niej korzystać.

Karuzela, wibra, lasery i inne bajery

No dobra, z laserami trochę przesadziłam. Nie zmienia to faktu, że tak właśnie traktuję dołączony wysięgnik z lampką, karuzelą, muzyczką i wibracją – jako zbędny gadżet. Takie elementy podobają się bowiem zazwyczaj nieco starszym dzieciom, które z kołyski już wyrastają. Niemniej gadżet do zabawiania młodzieży jest, w dodatku sterowany pilotem.

Karuzela wyposażona w trzy obracające się zwierzaki-minipluszaki, system wibrowania (podobno niespecjalnie zdrowy dla układu nerwowego dziecka, więc na wszelki wypadek nie polecam stosować), lampka, która niezbyt ciekawie świeci plus jakaś migająca dyskoteka. Ja tę część zdemontowałam krótko po złożeniu kołyski, ale amatorzy bajerów mogą dostrzec w niej potencjał. Dzięki temu, że wysięgnik jest ruchomy, można bez problemu przesunąć to ustrojstwo na bok, by wyciągnąć/włożyć dziecko z/do gondoli.

Wersja obsługi “na leniucha”

Ocena końcowa

Kołyska Milly Mally dostaje ode mnie mocne 9 na 10 punktów. Jeden odejmuję za tę koszmarnie trzeszczącą przy otwieraniu i zamykaniu budkę.

Kołyska jest wykonana z solidnych materiałów, ładnie wygląda, i co dla mnie najważniejsze, jest całkowicie mobilna.

A bujanie to doskonała sprawa – przez pierwszych kilka miesięcy życia Hani potrafiło uratować mi kilka dobrych godzin snu 😉 Ale o tym wspomniałam już TUTAJ.

Kołyskę Milly Mally kupiłam w sieci za niecałe 400 zł z przesyłką. Dokupiłam także materacyk za ok. 60 zł. Pościel miałam po moim starszaku 😉

Data dodania: 2019.09.12
Kategorie: DOM, DZIECIAKI
Tagi: do 6 miesięcy, kołyska, milly mally, recenzja, łóżeczko dla niemowlaka

Najnowsze artykuły

Social Media