3 rzeczy, które ułatwiają mi macierzyństwo

Jak powszechnie wiadomo z Instagrama czy kolorowych gazetek za 99 groszy sztuka, małe dzieci głównie jedzą, śpią i uroczo pozują do pięknych zdjęć. Z doświadczenia wiem, że potrafią też efektownie defektować, ale tego raczej nie zobaczycie w idealnym świecie 😉 Czasem jednak zdarza się wadliwy egzemplarz. Taki nieodkładalny, mało śpiący i wybudzający się na dźwięk spadającego liścia. W parku, 200 metrów dalej. No i mój taki właśnie jest. Więc imam się wszelkich możliwości, by błoga cisza lub radosne pogruchiwanie trwało jak najdłużej.

Jeśli borykacie się z podobnymi problemami, poznajcie trzy rzeczy, które sprawiają, że opieka nad niemowlakiem staje się ciut lżejsza.

ROGAL

Number one mojej listy to rogal. Taka poducha, której głównym przeznaczeniem jest przytrzymanie dziecka podczas karmienia. Tych poduch jest z tysiąc rodzajów – są wałki, fasolki, ba – nawet kury. Jednak co rogal, to rogal – poznański sentyment trzyma mocno 😉

Jak wspominałam, głównym celem posiadania rogala jest karmienie – najczęściej piersią. Przy starszej córce małżonek zakupił mi go już do szpitala – przydał się, gdy w całym swoim przerażeniu związanym z początkami macierzyństwa nieudolnie próbowałam ją karmić. Rogal, na którym karmiłam Emilę towarzyszy nam do dziś. Znalazła dla niego już milion zastosowań, ale nadal lubi na nim poleżeć. Darzy go wielkim uczuciem, a jest jej potrzebny zwłaszcza wtedy, gdy nienajlepiej się czuje. Gdy wyciąga go z najbardziej oddalonego kąta, gdy się na nim pokłada, zwłaszcza w dzień – wiem już, że kroi się jakieś choróbsko.

Hania oczywiście dostała swojego własnego rogala. Nieco mniejszego niż Emilka, i w moim odczuciu z nieco mniej przyjemnego materiału (choć może to tylko sentyment do pierworodnego ;)). Bez niego nie wyobrażam sobie karmienia. Polecam, zwłaszcza początkującym w tym temacie.

ROGAL - jedna z 3 rzeczy, które ułatwiają mi macierzyństwo

W kwestii wyboru takiej poduchy, warto zwrócić uwagę na to, jakie daje możliwości prania. Dobrze, by zarówno poszewkę, jak i wypełnienie dało się wyprać w jak najwyższej temperaturze. To istotne zwłaszcza, gdy mamy go ze sobą w szpitalu (trzeba jakoś wytłuc potem te zarazki). Poza tym dzieci ulewają, ślinią się i utrzymanie rogala w czystości wymaga regularnego prania.

Nie kupujcie poduch bez zdejmowanej poszewki. Będziecie ją prać częściej niż wypełnienie, dzięki czemu przedłużycie jego żywotność. Zwykle poszewka jest na zamek, warto sprawdzić, czy jest odpowiednio zabezpieczony. Lepszy jest z tworzywa niż metalowy, by nie zrobił maluchowi kuku.

Jeśli chodzi o kolorystykę, na rynku dostępnych jest z milion wzorów – można dopasować do własnych preferencji, wnętrza, pory roku czy nawet nastroju 😉 Ale na pewno warto wziąć pod uwagę to, że dzieci lubią kolorowe, kontrastowe wzory. Dzięki temu można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: mieć fajną poduchę do karmienia + gadżet do stymulacji wzroku niemowlaka. Hanka ma rogala w kolorowe słonie, przygląda się mu, gdy znajduje się w zasięgu jej wzorku. Rogal Emilki jest bardziej zachowawczy jeśli chodzi o kolorystykę, no ale wybierał go mój mąż, a to wiele wyjaśnia 😉

KOŁYSKA

Kołyska AKA łóżeczko na kółkach zasługuje na osobny wpis, więc tutaj tylko zajawię temat miejsca do spania dla noworodka i niemowlaka. Pierwszym wyborem bardzo często jest klasyczne, szczebelkowe łóżeczko. To nie bardzo sprawdziło się w przypadku Emilki, dlatego tym razem szukałam innego rozwiązania. Najpierw myślałam o koszu Mojżesza, ale w końcu wybór wpadł na kołyskę MILLY MALLY.

Zależało mi by kołyska, która przestanie spełniać swoją rolę, gdy tylko Hania zacznie się podnosić, była dobrym kompromisem między jakością wykonania, a ceną. MILLY MALLY kosztowała niecałe 400 zł, a prezentuje się dobrze i nie mam większych zastrzeżeń, co do jej wykonania. Zależało mi też na mobilności łóżeczka – chciałam bez problemu przenosić je do salonu, a także przysuwać blisko łóżka nocą. Kołyska, którą wybrałam jest w zasadzie takim przenośnym łóżeczkiem na kółkach. Te z kolei można w miarę szybko złożyć i „przerobić” łóżko na kołyskę.

MILLY MALLY jest niewielkich gabarytów, przeznaczona dla dziecka do pół roku. Właściwie nie ma wad (poza jedną, którą szczegółowo opiszę w odrębnym wpisie) i spełnia wszystkie moje oczekiwania.

Dużą zaletą jest także materiałowy kosz pod łóżeczkiem, bo trzymam tam pieluchy, podkłady i chusteczki, dzięki czemu zawsze mam to wszystko pod ręką.

To, co jest ogromną przewagą kołyski nad tradycyjnym łóżeczkiem to bujanie. Ruszające się w trakcie snu dziecko potrafi samo się rozbujać – no idealne perpetum mobile 😉 Hanię bujanie uspokaja i daje nam większe szanse na wyrwanie kolejnych cennych minut snu w nocy. Nocą kołyska stoi tuż obok łóżka, więc w sumie nauczyłam się już bujać ją przez sen 😉 A ponieważ Hankę wybudza nawet głębszy oddech (nie wspominając o chrapaniu taty), ręce mam wytrenowane. Aż wolę nie myśleć jak wyglądałby nasze noce, gdyby to było zwykłe łóżeczko…

SZUM

Zwany przez nas pieszczotliwe szumionkiem. Testowany na naszych dzieciach od pięciu lat. Emila już co prawda z niego nie korzysta, ale dla wyciszenia Hani to doskonała sprawa. Jeśli jeszcze nie próbowaliście – zdecydowanie zachęcam.

Nie jest to żadne odkrycie na miarę Nobla, że maluchy lubią jednostajny dźwięk, który przypomina im to, co słyszały w życiu płodowym. Szum można generować na wiele sposobów, słyszałam o patencie z suszarką, ale jakoś nie wyobrażam sobie szumieć nią pół nocy 😉 Poza tym dźwięk suszarki nie jest specjalnie przyjazny – wysoki i głośny.

Szumiś - jedna z 3 rzeczy, które ułatawiają mi macierzyństwo

W przypadku Emilii korzystaliśmy początkowo z nagrań na YouTube. Ale jak to apka YT: nie wygasisz ekranu – bo przestanie szumieć, jak ktoś zadzwoni – to przestanie szumieć, a jak, nie daj Boże, włączą się reklamy – to masz sen bobasa z głowy. Pobraliśmy więc na telefony nagrania i potem zapętlone odtwarzaliśmy dziecku. Nawet na Spotify jest pokaźna kolekcja najróżniejszych szumów. Ma to zasadniczą wadę – ktoś musi pozbyć się telefonu, a to w naszej rodzinie praktycznie niemożliwe 😉

Dlatego tym razem zainwestowaliśmy w Szumisia – misia, który ma w środku mechanizm wydający dźwięki. Zdecydowałam się na najdroższą opcję – z aplikacją do sterowania oraz czujnikiem snu. Niczego nie żałuję. Działa świetnie, wygląda dobrze. Za pomocą apki włączam i wyłączam szumienie, wybieram rodzaj (jest ich pięć, ale mi przypadł do gustu tylko jeden), ustawiam głośność i czas przez który szumiś będzie szumiał. Po jego upływie przechodzi w stan czuwania (szum stopniowo się wycisza) i włączy się ponownie, gdzie dziecko zacznie wydawać dźwięki. W połączeniu z bujaniem kołyski daje to sporą szansę, że te wspomagacze zareagują szybciej niż Ty. A jeśli dzięki temu uda się ululać dziecko bez noszenia na rękach, zyskasz kolejne minuty snu – a te są na wagę złota!

PS Mogłabym dodać do tego zestawienia jeszcze jedną rzecz – DORMI, czyli nianię w telefonie, ale o niej szczegółowo pisałam już wcześniej.

Data dodania: 2019.04.23
Kategorie: DOM, DZIECIAKI
Tagi: 3 rzeczy, biały szum, kołyska, macierzyństwo, niemowlę, rogal, szumienie, szumiś

Najnowsze artykuły

Social Media